Według badań Biblioteki Narodowej, statystycznie co trzeci Polak czyta jedną książkę w roku, a trend ten utrzymuje się już od dobrych 12 lat. Czy więc biznes opierający się na handlu książkami może mieć sens? Jakub Wełnowski nie ulega trendom i dobrze na tym wychodzi. Jego antykwariat rośnie – i to nawet w czasie, gdy inni mówią o kryzysie wywołanym pandemią. 

O tym, jakie książki są najczęściej kupowane w czasach zarazy oraz jak pandemia wpłynęła na sprzedaż książek rozmawiam z właścicielem internetowego antykwariatu OTO KSIĄŻKA 24 – Jakubem Wełnowskim. 

Marcin Pietraszek: Na początek przybliżmy czytelnikom Ciebie i Twoją firmę. Skąd wziął się pomysł na prowadzenie antykwariatu?

Jakub Wełnowski:  Od lat lubię czytać książki. Specjalnie mówię: lubię, a nie kocham, czy uwielbiam, bo nie czytam wcale dużo – około 4 książki na miesiąc, ale to dobry zaczyn, żeby coś z tym zrobić w swoim życiu.

Pomyślałem, że przy wyborze studiów dobrze jest kierować się swoimi zainteresowaniami, dlatego wybrałem  Bibliotekoznawstwo i Informację Naukową na Uniwersytecie Śląskim. To był wspaniały czas, przesiadywanie w bibliotekach do późnych godzin, analizowanie kolejnych tomów pod kątem zarówno merytorycznym, jak i estetycznym, no i hmm… Ten klimat! Zapach książki ma w sobie coś szczególnego, zupełnie inaczej pachnie książka nowa, a inaczej książka, która ma już swoje lata.

Marzyło mi się, żeby mieć własną księgarnię lub antykwariat, ale w głębi serca bałem się tego marzenia, właściwie nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Pomyślałem, że najłatwiej będzie jak zostanę… bibliotekarzem. Tak też się stało, pracuję jeszcze do tej pory w jednej ze szkolnych bibliotek w Tarnowskich Górach. To moje drugie zajęcie – bycie pedagogiem.

W głębi duszy zawsze jednak chciałem być niezależny i marzyłem o własnej firmie, nie tyle, żeby móc zarobić pieniądze, ale żeby robić coś z pasją i pożytkiem dla innych. Antykwariat wydał mi się najwłaściwszym pomysłem. Mogłem robić to, co lubię i znam, czyli czytać książki oraz je sprzedawać innym, w niskich cenach. Niektóre książki można kupić tylko w antykwariatach, trudno je zdobyć, więc tym bardziej było to dla mnie dodatkowe wyzwanie.

Myślę, że w prowadzeniu własnej firmy ważna jest pasja. Lepiej robić coś, co się lubi i czasem nawet nie zarabiać, niż urabiać się po pachy w firmie, która owszem, przynosi korzyść materialną, ale nie cieszy. To chyba klucz do życia i bycia szczęśliwym.

Czy antykwariat od początku był prowadzony w formie internetowej?

Z założenia antykwariat miał być i jest w formie online. Ma to swoje ogromne plusy. Jestem dostępny wszędzie, dla każdego, o każdej porze roku i dnia. Mogę wysyłać przesyłki za granicę i zaoszczędzić na wynajmie pomieszczenia. Biznes internetowy jest odporny na zmiany, czy też raczej – reaguje na nie trochę wolniej. Przykładem jest chociażby obecna sytuacja związana COVID-19. Oczywiście, rozważam otwarcie punktu stacjonarnego, ale czekam aż podrosną moje dzieci – być może one też będą chciały zarazić się czytelnictwem i czerpać z tego korzyści.

W jaki sposób pozyskujesz książki?

Właściwie nie robię nic. Książki same się pozyskują.

Dbam o stronę internetową, social media i wizytówkę w Google Moja Firma, gdzie informuję o tym że skupuję książki. To właściwie wystarczy. Ludzie dzwonią, piszą przez Facebooka lub WhatsApp. Są to często książki pozyskane od osób, które robią porządki podczas wyprowadzki lub remontu.

Dodatkowo pozyskuję książki samodzielnie, ale są to już książki nowe. Skupuję końcówki nakładów z wydawnictw, wtedy ceny są najniższe, a ja mam książki, których już nie będzie w sprzedaży. Można powiedzieć, że piekę wtedy dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Jakie trudności wiążą się z prowadzeniem biznesu tego typu?

Myślę, że największą trudnością jest terminowa i szybka wysyłka książek. Staram się wysyłać książki do 24 godzin od złożenia zamówienia. To najbardziej stresująca czynność. Trzeba działać szybko. Klient już czeka na swoje książki, a biorąc pod uwagę, że paczka średnio jest w drodze 2-3 dni robocze, to w tej sytuacji nie mogę sobie pozwolić na dodatkowe dni opóźnienia. Na tym etapie jest najwięcej pracy. Trzeba książki dobrze zapakować, wystawić paragon lub fakturę, wydrukować etykiety, powiadomić klienta o wysyłce, podjechać do paczkomatu lub na pocztę i dopiero wtedy można odetchnąć.

Jak zareagowałeś na informację o “narodowej kwarantannie” – czy przewidywałeś, że będzie to miało wpływ na Twoją firmę?

Każda zmiana powoduje, że człowiek czuje niepokój i dyskomfort. W tej sytuacji u mnie było podobnie. Usłyszałem o zamkniętych granicach i już wiedziałem, że część klientów nam odpadnie, wysyłamy bowiem książki na cały świat i z miesiąca na miesiąc mamy coraz więcej takich zamówień.

Sytuacja i informacje związane z kwarantanną nie nastrajały pozytywnie. Firma kurierska, z którą miałem podpisaną umowę – Poczta Polska, zamknęła część placówek w naszym mieście. Te, które pozostały, były otwarte 4-6 godzin dziennie, paczkomaty były ciągle zapełnione. Czułem, że to może być trudny czas. Sytuacje trudne powodują jednak, że staram się szukać rozwiązań, a nie zagłębiać się w problemie.

Poszedłem nieszablonowo i wprowadziłem darmową przesyłkę w sklepie online już dla zakupów od 50 zł. Zmieniłem przewoźnika przesyłek i mogłem zaproponować darmową przesyłkę dla tak małych kwot zamówień. Inne antykwariaty online z tanią książką lub księgarnie online miały takie przesyłki w dużo większych przedziałach cenowych. To pozwoliło mi na zachowaniu płynności zamówień.

Jak szybko zauważyłeś wzrost zainteresowania ofertą antykwariatu?

Nie trzeba było czekać długo, już w pierwszym tygodniu kwarantanny zauważyłem, że liczba wyświetleń strony wzrosła o ponad 300%. Łatwo to sprawdzić monitorując ruch na stronie, chociażby przy pomocy narzędzia Google Search Console. Wzrosła też sprzedaż, wcześniej wysyłaliśmy ok. 50 paczek dziennie, a teraz ponad 100 paczek.

Czy ten wzrost był nagły, czy stopniowy?

Początek był gwałtowny, bardzo mnie zdziwił. Sądziłem, że sprzedaż nie przekroczy poziomu kosztów, ale miło mnie zaskoczył wzrost sprzedaży.

Czy w czasie pandemii zmieniły się gatunki książek, które są najczęściej kupowane? Czy widać jakieś zmiany w preferencjach klientów?

To bardzo ciekawe, socjologiczne zjawisko – nie uwierzysz, ale w czasie pandemii, czasu niepokojów, niepewności i strachu, nasi czytelnicy kupowali głównie książki science fiction, thrillery i horrory.

Hitem były książki, w których motywem przewodnim była zaraza, klęska żywiołowa czy wojna. „Dżuma” Alberta Camus’a to jednak książka numer jeden na naszej liście sprzedaży – około 1.000 egz. Pomyśleć, że w szkole nikt nie chce tej książki czytać…

Drugi typ książek, które cieszyły się dużym zainteresowaniem, to książki do nauki języka obcego. To ewidentny znak, że ludzie chcą zainwestować we własną wiedzę i umiejętności, w tym przypadku językowe.

Czy teraz, gdy obostrzenia związane z kwarantanną zmniejszają się, zauważasz jakieś dalsze zmiany w zainteresowaniu książkami? Np. czy sytuacja wraca do tej sprzed pandemii, czy może popyt cały czas utrzymuje się na zwiększonym poziomie?

Cały czas odnotowujemy wzrost sprzedaży, przybywa nam też osób, które chcą sprzedać książki. Obecnie wysyłamy średnio 100-120 paczek dziennie. Trochę trudno mi to mówić, ale czas epidemii to czas dobrej reklamy i promocji dla naszego antykwariatu. Z naszych książek skorzystało prawie 3 razy więcej klientów.

Jak sądzisz, jak antykwariat będzie rozwijał się w najbliższym czasie? Czy masz pomysł, jak wykorzystać obecne wzrosty z pożytkiem dla firmy?

Z biznesem internetowym jest jak z kominkiem, wystarczy dorzucić drewna, aby uzyskać płomień. W zależności od tego ile będzie drewna, tak będzie palił się ogień w kominku.

Podoba mi się to porównanie i lubię sobie to wizualizować w stosunku do Antykwariatu. Teraz całą naszą nadwyżkę staramy się lokować w kolejne zakupy książkowe. Rozszerzyliśmy też ofertę o płyty CD i winyle z dobrą muzyką (jazz, klasyka, blues), a także chcemy spróbować nowego produktu, jakim są audiobooki.

Mówiąc wprost, mamy czym palić w „naszym kominku firmowym” przez kolejne 2-3 lata. Chociaż to może być dwojako zrozumiane, są bowiem „bibliofile”, którzy naprawdę palą książkami w piecu (brrrr… aż strach pomyśleć, ale to już inny temat).

Dziękuję za rozmowę.

Fot. z archiwum Jakuba Wełnowskiego